czwartek, 8 sierpnia 2019

Fascynacje, korporacje

Nieprzypadkowo tak tytułuję kolejnego posta. Posta, które pojawiają się coraz rzadziej i niestety ta tendencja raczej się szybko nie zmieni. Tak jest. Jest życie, dla mnie dużo za szybkie, za którym dawno już nie nadążam, a już zwłaszcza po zmianie pracy. Korporacja nie wybacza. Jest brutalna i bezduszna. Karze wbić się do firmy i wygryźć kontrakt. Nie ma znaczenia metoda, nie ma znaczenia, że ktoś nie odbiera. Kontrakt. Korporacja jest dokładną odwrotnością mnie. Ja jestem człowiekiem, który najchętniej rozdałby wszystko za darmo, cieszył się życiem beztroskim i spokojnym. Cieszył się odrobiną refleksji, takim, dla mnie zupełnie normalnym, zastanowieniem, dlaczego samolot leci, jak działa telefon komórkowy i jak to możliwe, że oglądam telewizję i to w kolorze, która gdzieś tam po falach dociera do anteny, a ja to widzę w odbiorniku. Dla większości to oczywiste, a dla mnie ciągle to szok. 
Dzisiaj przyjechał do mnie przyjaciel mój serdeczny Konrad i jak zwykle powiedział mądre słowa. Na moje rozterki odrzekł prosto, brutalnie i jasno:  "Nie pracuje się dla przyjemności". Święta racja, która sprawi, że wytrzymam jeszcze trochę. Ile? Czas pokaże. Nieraz boję się iść do pracy, nieraz lubię się przełamywać, a nawet czerpię wątłą satysfakcję z przyniesionego kontraktu. 
Żyję, pracuję, jestem. Robię coś do czego kompletnie się nie nadaję, wiem, ze cudowne lata życia w samotności w kawalerce z Morrisem odeszły w niepamięć...

Jest życie, kredyt do spłacenia, trzeba zapierdalać. Wymagania, już nawet kompletnie nie moje, ale otoczenia tylko rosną. Na szczęście, na to minimalne, chwilowe szczęście jest jeszcze sobota i niedziela. I można w pierwszą rocznicę ślubu pojechać na koncert Dziadów Kazimierskich do Męćmierza. I położyć się na plaży nad Wisłą, i na chwilę uwierzyć, że życie pozakorporacyjne istnieje, spojrzeć z fascynacją na lecący samolot i na przepiękny krajobraz. Krótki weekend, kilka fot. I powrót do korporacji. Smutne jest życie, jednak...


 

 









 



Koton


niedziela, 14 lipca 2019

Sobie

Kiedy buduje się dom cel jest tylko i wyłącznie jeden. Wybudować, skończyć, zamieszkać. To oczywiste, i te dwa, co najmniej lata trzeba poświęcić. Aż przyszedł miesiąc kiedy okazało się, że w końcu, w perspektywie bardzo długim końcu,  nie trzeba kupować cegieł ani kranów. Spłacony został hydraulik i stolarz. I na koncie, niezbyt osobistym, a raczej małżeńskim,  nadszedł miesiąc na plus. No i, o drogi Boniu, co robić z tą kapustą? Oczywiście nie. Nie jest to kasa na nowy samochód albo telewizor. Ale na płytę wystarczy. Może jeszcze nie na winyla, ale w końcu mogę sobie kupić coś dla siebie, co przez dwa ostatnie lata nie było możliwe. I niech to będzie płyta cd. I niech to będzie Fisz Emade Tworzywo, bo lubiłem od zawsze a pieśń jaką usłyszałem ostatnio wyrwała mnie z butów tak jak już od dawna nic, tak jak tego potrzebowałem właśnie teraz. Wagiel jest Wagiel, czy stary czy młody. I ta płyta będzie symboliczna. Robiłem, orałem na to wspólne gniazdko, a czas zrobić coś po prostu dla siebie. Na szczęście żona rozumie moje uwielbienie do samotności i na tydzień z mamą i siostrą pojechały do Chorwacji. Ja zostałem w domu sam jako opiekun psów. I można to wszystko ładnie zorganizować? Można. Magdalena jest szczęśliwa, że jest z najbliższymi i ma chwilę oddechu ode mnie. Ja jestem szczęśliwy, że przez chwilę mogę pobyć sam. I słuchać młodego Wagla. I piosenki o bardzo ładnym tytule: Jestem w niebie.



Koton

piątek, 5 lipca 2019

Nowy job, nowe powietrze

Kiedyś pisałem o tym, że potrzebuję nowej pracy, że potrzebuję powietrza, że dosyć mam.... Że mam po prostu dosyć. Z przyjemnością mogę stwierdzić, że nie rzucam słów na wiatr, jednak ta wielka zmiana to nie moja zasługa. Samemu z siebie pracę zmienić trudno, no bo o ile jest w miarę do zniesienia, w miarę przynosi grosz no to z czystego po prostu zwykłego "niechcemisię" mówi się, że by się chciało, a nie robi się nic. Z pomocą przyszedł Szwagier, który widząc moje rozterki i zachowanie przypominające chomika w kołowrotku, wziął sprawy w swoje ręce. Nie, nie dał mi pracy podanej na tacy. Ale wskazał kierunek i zasugerował wykonać to minimum w postaci wysłania CV. Szwagier lubi kolorować, Szwagier lubi opowiadać. Mimo wszystko wykonałem ów ruch, CV wysłałem, później okazało się, że jest rozmowa, później okazało się, że jest nowy job. 

Po dwóch tygodniach w nowej firmie widzę, że praca jest zupełnie inna. Obowiązków wcale nie ma mniej, jest więcej i dużo większego kalibru. Jednak pierwsza zmiana jaka się po prostu narzuca to to, że tu człowiek, w sensie pracownik, jest najważniejszy i się o niego dba. W poprzedniej czułem się jak wół, który będzie orał aż padnie. Orałem, wyrabiałem przez te wszystkie lata swoje budżety i co? I nic, nikomu nawet nie przechodziło przez usta zwykłe dziękuję kiedy np. zrobiłem w miesiącu sprzedaż za milion, co w tym biznesie jest takim powiedzmy lądowaniem na księżycu. O premii za ten milion nawet nie wspominam, bo jak nie było dziękuję no to nie było wiadomo nic.

A trafiłem do firmy gdzie powinno pracować się najlepiej zdalnie, gdzie jest zaufanie, gdzie wszystko można zrobić w warunkach po prostu ludzkich. 

Nie chcę tutaj reklamować po dwóch tygodniach nowej firmy jaka jest fantastyczna, jednak po prostu potwierdzają się słowa Szwagra, który przełamał mój sceptycyzm i widzę jak tu się traktuje ludzi. I wszelkie moje wątpliwości zostały pięknie rozwiane i przesłanie generalnie jest takie, że jeśli ktoś chce dobrze, ktoś widzi, że możesz mieć lepiej to warto posłuchać i zaufać. A teraz doceniam słowa Szwagra: Stary, tutaj w końcu odżyjesz.........

Koton

niedziela, 9 czerwca 2019

Galeria Schodowa

Są rzeczy takie, które mamy tylko na chwilę, kupujemy, wyrzucamy, zużywają się i niszczą. Do jednych przywiązujemy się mniej, do innych bardziej. Czasem po stracie przedmiotu jest nam smutno albo wcale nam na tym czymś nie zależało. Ale są tez takie, które będą z nami na zawsze, a nawet długo dłużej. I takie właśnie rzeczy lubię i cenię najbardziej. 
Samochód prędzej, czy później pójdzie na szrot. W ulubionym rowerze w końcu zacznie przeskakiwać łańcuch, rozcentrują się koła, rama nie będzie już taka sztywna albo z czasem po prostu pęknie. I rower pójdzie, w najlepszym razie do piwnicy a w pokoju stanie nowy, lśniący, z którym najchętniej poszlibyśmy spać. A jednak to tylko rzecz, która posłuży najwyżej kilka lat.
A obrazy? A dom? A półka, którą kiedyś sam niezbyt równo zmontowałem? Są i będą, tak jak albumy ze zdjęciami, przypominały o przeszłości, a także dawać pewność, że cokolwiek by się nie działo w przyszłości, to zawsze będą obok.
Wczoraj powiesiliśmy resztę naszych obrazów, co nie było prostym zajęciem. Ale satysfakcja jest ogromna i już są i już wiszą i będą na ścianach, oby jak najdłużej. A skoro to takie ważne no to musiał powstać film z przygotowania tak ważnego miejsca w domu jak "Galeria Schodowa". Wyglądamy trochę jak czescy Sąsiedzi, zadanie z pozoru proste okazało się dużo trudniejsze niż się wydawało, ale obrazy są, wiszą i jest pięknie.


 
 

Koton

czwartek, 16 maja 2019

Majówka

Są chwile lepsze, są chwile gorsze. Po tych gorszych wyszło słońce, z garażu wyjechał rower i nadszedł długo wyczekiwany ten upragniony, majowy weekend. Majówka, jak sie popularnie mówi. A w tym roku była przednia i długa. I dała to fantastyczne poczucie oderwania od rzeczywistości i totalną beztroskę. Piwko na śniadanie? Proszę bardzo. Wesoła ekipa? Na zawołanie. Wygłupów i żartów nie było końca, a to wszystko kręcąc korbą i doceniając jak fajny jest ten świat i jak fajnie jest gdy na chwilę centrum tego świata staje się na przykład Maćkowa Chata.
Jest pięknie, akumulatory naładowane, pozostały foty i klasyczne "do następnego".


Majówka w Wojszynie
  

Koton

sobota, 30 marca 2019

Schizofrenia

Mieszkając w bloku już jako kawaler lubiłem te swoje kilka doniczkowych kwiatków. Podlewać regularnie, od czasu do czasu wkładać do wanny i robić prysznic. I patrzeć na nowe listki i jak rosną. Jak kierują się ku słońcu i jak im dobrze jak się o nie dba. A dzisiaj zasadziłem w ogrodzie kilka drzew i krzewów. I spojrzałem na masę wcześniej już zasadzonych, na ich pąki, pierwsze listki, krokusy coraz śmielej wystające z ziemi. Ogród.
Mieszkając sam byłem zależny tylko od siebie. Trochę od kota mojego Morisa. Ale tylko trochę. Robiłem co chcę i kiedy chcę. Robiłem rzeczy lepsze i gorsze ale nikogo to nie obchodziło. Tylko mnie i trochę kota mojego Morisa. Każde zachowanie miało jednak swoje naturalne następstwa, jeśli impreza się przedłużała brałem urlop na żądanie i dostawałem burę. Wiedziałem co zrobiłem źle i za co. Sam.
Wystarczy sekunda, jest fajnie żartujemy, a nagle żona dostrzeże w żarcie coś czego ja nie. I potrafi wstać i wyjść, nagle, bez żadnego powodu, tak jak dzisiaj. I co? I nic, i jeszcze ją będę musiał przeprosić. A potem lepiej nie pytać o co chodziło. Bo i tak się nie dowiem. Z kobietami tak jest, że pewne pytania lepiej pozostawić bez odpowiedzi. Tak jak kiedyś i jeszcze bardziej kiedyś. Nie pytam, nie dociekam, zawsze chcę patrzeć do przodu i zawszę myślę, co ja takiego zrobiłem i co powinienem zrobić żeby kobieta była, no powiedzmy w ogólnym pojęciu, szczęśliwa. Schizofrenia.
W takich chwilach tęsknię za swoją samotnością, za kotem, który już nie przychodzi w nocy i nie budzi mokrym nosem, i za tą przepiękną zerojedynkowością. 
Pozostaje ogród i ulubione słowo żony: niezależność. Kiedyś Piotr powiedział i zapamiętam to na zawsze: jak jesteś z kimś, żyj tak jakbyś następnego dnia miał być sam. I tylko to pozwala mi przetrwać bo inaczej już od dawna swoje głębokie przemyślenia mógłbym opowiadać leżąc w kaftanie przywiązany do leżanki.
Za chwilę znowu będziemy szczęśliwi. Będziemy żartować, planować kolejną wyprawę, urządzać do końca dom i piękny ogród. Wiem, że nie powinienem na nic narzekać bo mam wszystko i jest cudownie. Są wzloty i upadki, są wschody i zachody słońca, idzie wiosna, a moją ulubioną piosenką jest Szarówka... Kryzys wieku średniego?

Koton

niedziela, 24 lutego 2019

Lwów

Jeden film za tysiąc słów. Tak można by napisać i nie mówić już nic. Lwów to miasto i miejsce wyjątkowe. Miasto, do którego wiem, że wrócę i to nie raz i nie dwa. I nie dlatego, że panuje polaczkowa opinia, że jest tanio to warto jechać. Lwów daje całe mnóstwo wrażeń i przeżyć, a przede wszystkim podaje na tacy Polskę i jej prawdziwość o wiele większą niż w tych wszystkich stylizowanych miejscach chociażby Warszawy. Kiedyś powiedziałem sobie, że moja noga nie stanie już w warszawskim klubie ani knajpie i będę temu jeszcze bardziej wierny po tym co zobaczyłem we Lwowie. Piękna polska restauracja, wybitna kuchnia i chwalenie się tym, czym u nas niemal wstyd. Jeszcze jak mieszkałem na Wilanowie to szlag mnie trafiał na powstające dookoła kebaby, sushi i chińskie knajpy. Kociojady, ahmedy i ryżożercy nagle zawładnęli umysłami Polaków. A we Lwowie, piękna restauracja Atlas z pysznymi daniami, regionalnymi nalewkami i wspaniałą obsługą. Rynek z kamienicami kipiącymi Polską, a co dla mnie istotne z piękną kamienną kostką brukową rozlewającą się zamiast asfaltu daleko poza ścisłe centrum.
To we Lwowie spędziłem te chwile, które w przypływach emocji nazywamy pełnią życia. Nie bez znaczenia zwracam tu uwagę na emocje. W tym wypranym świecie coraz trudniej je odnaleźć, a we Lwowie są takie żywe. I smutne jest to, że ta prawda jest okupiona wszechobecną, ukraińską biedą. To naprawdę przykra cena, za znalezienie Polski na Ukrainie. 
A co do emocji to podobno badania nad sztuczną inteligencją nie mają najmniejszego sensu. Komputerowe ID doprowadzone do optymalnych parametrów szybko zrozumie, że życie jest pozbawione jakiegokolwiek sensu i po próbie uruchomienia natychmiast się wyłączy. Życie to emocje proszę państwa, a jak ktoś jest Polakiem, tych najpiękniejszych dozna we Lwowie...








































Koton