niedziela, 16 maja 2021

Żółty jak pola rzepaku

Ponad 80km przekręconych korbą po przepięknych terenach wyżyny lubelskiej, pośród jaskrawej żółci pól rzepaku, poletek porzeczek i kwitnących sadów. W świetnym, doborowym towarzystwie. Tak przywitaliśmy odmrożenie, podczas weekendu jak zwykle za krótkiego, jednak pełnego przygód, ze sprzyjająca pogodą i mimo pewnej regularności bardzo pewnie mogę przyznać, że każdy weekend jest tu inny. Tu czyli gdzie? No oczywiście, że w Wojszynie. Po takich weekendach trudno mi nawet narzekać na cokolwiek, uwielbiam takie życie, rower, długie wieczorne pogaduchy i wszechobecna beztroska. To kocham najbardziej i cieszę się, że mamy taką możliwość zajrzeć czasem wesołą paczką w przyjazne miejsce, gdzie nie ma lęków i obaw, a są koty i promienie słońca i radość. Oczywiście nadejdą chwile kiedy będzie się trzeba zmierzyć z prawdziwym życiem. To na szczęście dopiero jutro...

















Koton



wtorek, 23 marca 2021

Jeszcze sobie pokażę!

Często w internecie można zobaczyć takie porównania i zdjęcia dwóch sylwetek tej samej osoby, jedno z brzuchem, a za dwa miesiące, czary mary, i nie ma brzucha, albo grubasek i umięśniony z kaloryferem po kilka tygodniach. No i ja też mam takie zdjęcie tyle, że... tylko to pierwsze i jakoś dążenie do wykonania tego drugiego, tak, żebym mógł pochwalić się w stylu przed i po, jakoś mi ciągle nie po drodze. Efekt jojo jest nieubłagany, najczęściej kończy się na chęciach i, och jak to brzmi, buńczucznych zapowiedziach. I stwierdziłem, że dość, że nie. Jeszcze raz wstanę. Tak też zrobiłem wczoraj, ubrałem się w sportowy strój i okulary. Założyłem buty, a na ręku zapiąłem pulsometrowy zegar. Pobiegłem pokazać się żonie z okrzykiem: "biorę się za siebie!" Niestety... nawet nie odwróciła zwroku sprzed monitora, rzuciła tylko dość lakoniczne "słyszałam to już tysiąc razy". Wybiegłem...

I nie, nie byłem zły na tę ignorancję. Nie wytarzałem się w sportowej złości i teraz to ja Ci pokażę! Przed wyjściem spojrzałem tylko ukradkiem na jej medale z przebiegniętych runmageddonów. Na których dumnie wygrawerowane jest "SIŁA I CHARAKTER". Więc raczej wie co mówi, i stety - niestety, ma rację. Zastanowiłem się kiedy ona to zrobiła, bez zbędnego szumu i chwalenia się. Wychodząc z domu rzucając "wychodzę" i wracając umorusana z medalem. 

Biegłem przez las myśląc jak to jest, jak już się jest w tym lesie tak bardzo się chce. Jak się jest w domu tak bardzo nie chce się nic. 

Nie będę się już wdawał w mądre słowa, że jak się chce coś pokazać, to przede wszystkim sobie. To oczywiste. Tak robi Magda. Ale jak staje przed lustrem to nie musi się przed sobą usprawiedliwiać. A nawet mieć pretensji do całego świata. Jest po prostu silna i po cichu dociera do mnie, że ta siła pozwala jej trwać ze mną. Nie mówi, tylko robi. Coś co ja bym chciał, a jednak tylko mówię. Tudzież piszę w tej chwili.

Nie chcę być już mistrzem świata i okolic, ale jednak blog i bieganie to był dobry związek. Od tego się to przecież zaczęło. I nawet fajne było te sześć kilometrów wczoraj, po topniejącym śniegu, w promieniach słońca, w lesie wiosennym i przyjaznym. Więc mam tę wielką nadzieję, że dam radę. I jeszcze sobię pokażę...



Koton

piątek, 12 marca 2021

Można zorganizować męski w sercu obostrzeń, można wypełnić hotel 100% mimo grasującej pandemii, generalnie da się wszystko. Życie płynie, wirus dopadł i żonę i szefa i Kondzia nawet też. A mnie jakoś nie chce ruszyć nic. Jest praca od świtu do zmierzchu, ale czasem są przyjemności, a czasem nawet i Bieszczady.

Oczywiście wyjazd minął tak szybko, że zanim zdążyłem o nim opowiedzieć, już planujemy następny, ale czy w tych czasach kogokolwiek to dziwi? Życie płynie wartkim strumieniem i nawet covid nie jest w stanie na dłuższą metę tego powstrzymać. Bal trwa, ludzie umierają, statystyczna codzienność, życie toczy się dalej....

W Bieszczadach wstawaliśmy bardzo wcześnie, przyzwyczajeni do kieratu, o szóstej najdzielniejsi byli już w pełnym rynsztunku i puszką w ręku. Sam nie wiem dlaczego największą przyjemność w życiu sprawia mi forma najbardziej prymitywna. Ot, pięciu chłopa w jednym domku, z porządkiem nie mieszczącym się w ramach żadnej kontroli jakości, rozpoczynając poranek od puszki piwa pośród resztek dnia poprzedniego. Dlaczego to co tak banalne cieszy najbardziej? Od dawna zacząłem gardzić wszelką formą luksusu, nie mieści się to w mojej granicy moralności, choć i tak, patrząc względnie, w nadmiarze z tych luksusów życia korzystam. Ale nie do przesady. Pokora i skromność. Bieszczady i piwo. Rozmowy o wszystkim i o niczym. Nieuchwytne wnioski, do których chcemy zmierzać. Zamazane cele i piękne pejzaże. 

I okazało się, że każdy ma marzenia, a nawet podczas wyśmiewania świata z każdej strony, gdzieś są wartości. Nawet pracując w sprzedaży, co z najczystszym sumieniem mogę powiedzieć, jest najgorszym co może się człowiekowi przydarzyć, zawodem zabijającym wszelką wrażliwość, powodującym gruboskórność i sam patrząc w lustro widzę jak bardzo. Jak bardzo się zmieniłem z tego fajnego chłopaka, który w Kanadzie jeździł i rozwoził paczki na rowerze, w wyrachowanego pana, który sprawdza stan konta, żeby się zgadzało. To jest straszne.

Na szczęście są Bieszczady. Zupełnie inne niż w wyobraźni. Bieszczady posępne i mało przyjazne. Nawet w pełnym słońcu bezkresem przyćmiewające potęgę umysłu. Grożące palcem i uzmysławiające naszą maluczkość. A jednak warto się z tym zmierzyć, pokory nigdy za wiele...

Anioły bieszczadzkie chcą żyć. Sprawić życie łatwiejszym, piękniejszym, bogatszym. W pustostanie emocji chcą odnaleźć sens i sprawić życie ładniejszym. Jakkolwiek na filmie wygląda to dokładnie odwrotnie...



Koton

niedziela, 7 lutego 2021

Bieszczadzka rozpierducha

Pięciu chłopa, góry, ucieczka od rzeczywistości totalna. Szpej, krata borowara i męska wyprawa. Oto hotelarska recepta na koronawirusa. Można/nie można, za telefon chwycił Olaf, fachowo, a przede wszystkim branżowo wyjaśnił, że nie chcemy ani faktury, ani prowizji, ani kłopotów. Chcemy tylko domku w leśnej głuszy, odrobiny beztroski, ucieczki od wszystkiego i przyrody w najpiękniejszym wydaniu. Odpowiedź w słuchawce była jednoznaczna, poszedł przelew bez dat i pozostało to co nakręca najbardziej. Odliczanie: 18 dni, tylko i aż tyle. 
Są ludzie, którzy mają wpływ na nasze drogi życiowe, to między innymi wspomniany Olaf, dla którego podjęcie decyzji o wyjeździe w Bieszczady i chwyceniu za słuchawkę zajęło mniej więcej pół sekundy. Poznaliśmy się jakieś 10 lat temu w warszawskim hotelu Sheraton więc obaj pochodzimy z tej samej, starej, solidnej, hotelarskiej szkoły. Olaf jako GM, w dzisiejszych, trudnych czasach, wyciągnął do mnie dłoń i tak to się na nowo zaczęło. I cieszę się, że są jeszcze osoby, które widzą tylko dobre strony życia, zawsze nowe szanse i dla których ślepe ulice są tylko fajną zagadką do rozwiązania. Patrząc na Olafa szczególnie przypominam sobie swoją dawno wpojoną zasadę: jeśli kogoś spotykasz na swojej drodze życia, to zawsze ma to jakiś głębszy sens. A już zwłaszcza w czasach kiedy, nie tylko od strony hotelarskiego środowiska, wieje beznadzieją i totalnym pesymizmem.

Oczywiście nie wiadomo jak to będzie, w końcu to tylko praca. Z Olafem jedziemy na jednym wózku, ale obaj mamy dość szalone pomysły, pochodzimy z Bydgoszczy, obaj kochamy żużel i jesteśmy hotelarzami w najpiękniejszym wydaniu. Więc siedząc w jednym biurze nigdy nie jest nudno, a idąc, mówiąc po żużlowemu, po bandzie, chcemy stworzyć naprawdę dobry hotel. I tak będzie. I naprawdę cieszę się, że ktoś w tych czasach, w hotelarstwie, potrafi zarazić mnie optymizmem i powygłupiać się trochę - bo tak właśnie będzie w Bieszczadach.





Koton

niedziela, 20 grudnia 2020

Wsiąść do pociągu...

Bycie hotelarzem w ostatnich czasach tak naprawdę nauczyło mnie samego hotelarstwa więcej nić przez ostatnie dwie dekady. W końcu wiem, gdzie w hotelu są jajka i mleko, jak obsługiwać kuchenkę sześcioplanikową i dość groźnie wyglądający piec, gdzie jest magazyn z ręcznikami i pościelą, jak porządnie trzymać tacę i wiele innych podstaw, o których dawno już zapomniałem. Daleki jestem od narzekania, a wręcz przeciwnie, przynajmniej coś się w hotelu dzieje - no przynajmniej do jutra. Później święta i kolejne zamrożenie i tak dość skostniałej już sytuacji.

No ale pracujemy i ja i Magda i na razie tylko słyszymy o dramatach jak to w niektórych hotelach pozostał już tylko właściciel, u którego nie da się już zapłacić ani kartą ani przelewem bo na koncie siedzi komornik i zabierze ostatnie pieniądze na święta. I to się dzieje naprawdę, a mali przedsiębiorcy są kompletnie bezradni. Krzyczą ci najwięksi i najbogatsi, którzy nie zarobią w tym roku paru milionów ale tak naprawdę finansowo są bezpieczni. Taki to już jest ten świat. A najgorsza jest ta właśnie bezradność, no bo do kogo mieć pretensje? Do Chińczyka, że przyniósł? Do rządu, że zamknął? Do całego świata?

Więc w całym tym co można, co nie można, znaleźliśmy z Madzią wspólne hobby i zostaliśmy pogorzelskimi spotterami. Słowo spotter kojarzy się głównie z foceniem samolotów, ale może przecież dotyczyć tak naprawdę wszystkiego. No a, że w Pogorzeli akurat lotniska nie ma to chodzimy na spacery i focimy... pociągi. No i przeleciał dzisiaj  TLK ZAMOYSKI z Hrubieszowa do Kołobrzegu, króciutki, tylko cztery wagoniki, ale za to prowadzone przez piękny elektrowóz EP 07. No i tak działa na wyobraźnię, że w sumie to można wskoczyć, parę godzin i jest się w Kołobrzegu...










Koton

niedziela, 22 listopada 2020

Trzeba się cieszyć dużymi rzeczami

Sobota 31.10, pobudka o 3:30, środek nocy, zapalam światło, koty mrużą zalepione oczy, a my wstajemy na naszą wyprawę. Punktualnie o 4:22 na peron pięknej, nowej stacji w Pogorzeli wjeżdża, stary choć przypudrowany, skład EN-57, w którym bez problemu można się cofnąć do lat sześćdziesiątych kiedy takie właśnie pociągi zaczęto produkować. 4:55 Warszawa Wschodnia i przesiadka do nowocześniejszego Inter City, za to z piękną, właściwie już zabytkową lokomotywą EP-07. Szukając miejsc w bezprzedziałowym wagonie odnajdujemy niepowtarzalny klimat PKP ponieważ takich numerów jak na miejscówce, w całym wagonie oczywiście nie ma. Na szczęście nie jesteśmy jedyni z tym problemem, więc siadamy gdzie chcemy, a, że w dobie korony podróżnych można zliczyć na palcach dwóch rąk nikt specjalnie się nie przejmuje.

Trasa jest mi bardzo dobrze znana. Łowicz, Kutno, Włocławek, Toruń, Solec Kujawski i Bydgoszcz. To na tej trasie jako brzdąc zajadałem kanapki z kotletem zagryzając pomidorem. I to właśnie Bydzia jest naszym pierwszym celem, choć tego dnia nie ostatnim. Punktualnie 9:15 pociąg wtacza się na perony stacji zmienionej nie do poznania. Kupujemy bilety komunikacji miejskiej i przeżywam podróż w czasie bo tramwaj jakim jedziemy wydaje te same wspaniałe dźwięki jak te 20 lat temu. Tyle, że teraz ten styl retro smakuje zupełnie inaczej. W rytmie koncertu składającego się z metalicznego odgłosu szyn, buczenia silnika, terkotania i całej masy przeróżnych wibracji, docieramy na ul. Nowotoruńską do salony Yama, gdzie u ziomków z Bydgoszczy odbieramy nasz nowy środek lokomocji. Dla jednych Dacia to wyrób samochodopodobny, dla innych powrót do PRL z kojarzącym się modelem 1310, a dla nas to po prostu nowe, duże, wygodne auto, w które bez zbędnych ceremonii wsiadamy i kierujemy się, a jakże, nad morze. W hotelu Posejdon, jesteśmy jednymi z bardzo nielicznych gości, meldujemy się i ruszamy na spacer. Weekend mija nam fantastycznie, omijamy zakaz i zamknięte restauracje biorąc na wynos i jedząc na plaży. Jest radość, jest pogoda, są długie spacery i tak bimbamy sobie do poniedziałku, zahaczając jeszcze o Gdańsk i Żuraw M3.

Wracamy do kotów i do rzeczywistości, która ostatnio nie jest brutalna. Mimo całej tej afery z koroną w domu jest ciepło, są koty, jest praca i nie ma na co narzekać. I oby jak najdłużej tak pozostało, a jak wirus pójdzie przecz będzie przecież tylko lepiej.


Koton