piątek, 4 września 2020

Bożek Budda

Był listopad 2019 roku, byliśmy w Ho Chi Min, czyli dawnym Sajgonie, stolicy Wietnamu. Pamiętam dokładnie, w pięknym gmachu poczty głównej, zaprojektowanym, bynajmniej nie przez słynnego Wietnamczyka, a Gustawa Eiffela w osobie własnej, znaleźliśmy mały sklepik z pamiątkami. I wybieram spośród wschodnioazjatyckiego badziewia i łapię w rękę kawałek kamienia. Patrz Madzia! To sobie wezmę, może to odmieni moje życie. Kamień ma kształt wystruganego bożka Buddy.

Marzec 2020, jedziemy do Kijowa, jeszcze nie wiemy, że za chwilę wszystko stanie, zamrozi się, nie będziemy chodzić do pracy. Wycieczka jest super, powstaje filmik, na którym pijąc - pyszną skąd inąc - ukraińską wiśniówkę, ironicznie szczepimy się na koronawirusa.

Mija sierpień, oboje jesteśmy po wyprawie do Chorwacji. Fantastycznej, spędzonej w większości na błogim lenistwie, wpatrywaniu się w fale szmaragdowego, przezroczystego morza. Leżeniu ku słońcu, szlajaniu się po promenadzie, a po spacerze, przygotowywaniu własnych, z może niezbyt zróżnicowanym menu, ale na pewno pysznych obiadów. Naprawdę nie wiem co musiałoby mnie skłonić do wakacji nad Bałtykiem. Chorwacja po raz kolejny objawiła się jako kraj bardzo przyjazny, przepiękny, widokowo obłędny, cenowo przystępny, z pewną pogodą i widokami, które zapierają dech w piersi na tyle, że patrząc sobie z Magdą w oczy nie musieliśmy nic mówić, żeby wiedzieć, że chcielibyśmy w tym kraju zamieszkać....

Ostatnio byłem w biurze 16 marca, już wiem, że nigdy tam nie wrócę, mój kontrakt po prostu wygasa i nie będzie przedłużony. Nie cierpię  i nie przeżywam z tego powodu. Korporacja, w takim wydaniu w jakim przyszło mi ją poznać, to na pewno nie moja bajka. Ja, dzień w dzień idący z teczką od parkingu przy sławetnym hotelu Novotel Centrum do równie słynnego biurowca przy Złotych Tarasach to obrazek, który na pewno na długo utkwi w mojej głowie. Jego myślą przewodnią będzie bezduszność. Bezduszność korporacji, sztuczne uśmiechy, laptop z tabelkami i wykresami. I ja, czujący się jak kompletny śmieć, zdający sobie sprawę, że jakiekolwiek własne przedsięwzięcia nie mają sensu. Wykonywanie obowiązków, wypełnianie poleceń, no i najważniejsze. Wyniki. Jakkolwiek śmiesznie brzmi to teraz gdy wszystkie wykresy, targety i budżety nie mają już sensu.

Mieląc w ręku Bożka Buddę już w Wietnamie spacerując myślałem, "Uwolnij mnie od tego, spraw, żebym był normalnym, kochającym, wrażliwym człowiekiem. Przynajmniej takim, jakim byłem kiedyś, spraw, żeby ta bezsensowna pogoń wyhamowała, żeby ludzie spojrzeli chociaż trochę inaczej na ten świat".


Ostatnio poddaję się mojej ulubionej formie pracy, mam tzw. postojowe. Nauczyłem się wielu nowych, domowych czynności. Zostałem elektrykiem, hydraulikiem, opiekunem kotów. Oczywiście nic za darmo i nie tak łatwo. Pobierając youtubowe nauki z elektryki i podłączając sypialniane lampki, prąd wstrząsnął mną potężnie, a ja w myślach wąchałem już niezapominajki od spodu. Podłączenie kranu w łazience na górze, zakończyło się, a jakże,  zalaniem chałupy. A jednak ja żyję, kran działa, a dodatkowo praca z domu stworzyła kilka rytuałów. I tak codziennie parzę kawę dla siebie i małżonki i razem wyprowadzamy koty na spacer. I tu odzywa się moja kocia natura i uwielbienie do powtarzalności i samotności.

Bożek Budda uśmiechnął się tylko pod nosem, a co mi szkodzi pomyślał? Rzucił koronawirusem, wywrócił świat do góry nogami, uwolnił mnie od korporacji i dał kilka miesięcy normalnego życia. Dającego nadzieję na to, że inny świat jednak istnieje. Że dzień nie musi wyglądać beznadziejnie od samego rana, a tydzień w oczekiwaniu na piątek i sobotę

Jest wrzesień. nowa praca, nowy garnitur, nowy ja. Przede mną jedna,wielka, potężna niewiadoma. Nie wiem co będzie, może lepiej, może to gorzej. Ale cieszę się i dziękuję za te kilka miesięcy, które pozwoliły mi spojrzeć na życie jeszcze inaczej. Bo zawsze myślałem, że widzę je z inne strony, a jednak zapierdalałem z teczką, jak zwykły szczur do korporacji. I mam nadzieję, że te kilka miesięcy zanim pojawił się zbawienny wirus. To było najgorsze w moim życiu.

Koton 

niedziela, 15 marca 2020

Miłość w czasach zarazy

Nie wiem dlaczego lubię określać świat z koronawirusem, właśnie tytułem książki Marqueza. Zresztą jedną z moich ulubionych książek w ogóle. Dla jednych nadchodzi apokalipsa, dla innych dwutygodniowy przestój, a dla jeszcze innych niewiadomocodalej. I ja jestem wśród trzeciej grupy, nie chcę nic wyrokować, po prostu żyję w czasach tej zarazy, a to, że na chwilę świat zwolni przewidywałem od dawna bo karuzela rozkręcona była na całego, świat żył sobie beztrosko i konsumpcyjnie bez cienia refleksji, bez emocji, byle mieć więcej i więcej, a teraz będzie wszystkim trochę mniej, wolniej i może kilka osób się zastanowi po co to wszystko. 
Jako, że pracuję w branży hotelarskiej, a Madzia turystycznej nam będzie mniej w pierwszej kolejności. I oby tylko mniej. Dopóki jest na kredyt, rachunki i wkład do garnka jesteśmy bezpieczni. Można się dalej cieszyć i kochać koty, a będzie dobrze.
A ostatnio niewiele robiąc sobie z zarazy wybraliśmy się na wyprawę do Kijowa. I jakoś nic nie składało się na ten Kijów, a bo termin, bo praca, w końcu koronawirus. Ale decyzja zapadła, Ukrainian Airlines, lecimy. Ukraina drugi już raz - po Lwowie - przywitała nas najlepszym co miała, piękne zabytki i złote kopuły, czystość, która coraz częściej jest dewizą wschodniej części Europy, obowiązkowa Pijana wiśnia, metro, podróż którym to osobna przygoda i ludzie, którzy może nie są przesadnie mili, raczej skryci, żyjący własnymi problemami, ale na pewno w żadnym momencie nie czuliśmy się w Kijowie zagrożeni. Przywitanie to jedno, turystyczne szlaki są dopieszczone i czasem, no może nieco na wyrost, porównywaliśmy niektóre miejsca Kijowa z Sankt Petersburgiem. Ociekająca złotem Rosja to jednak zupełnie inny temat, a Kijów próbuje nadrabiać, jednak wystarczy odejść dosłownie sto metrów od centrum i już widać powszechne druciarstwo i tapeciarstwo. Ulice i dachy łatane na patencie i byle jak. No i niestety wyłaniająca się bieda. To smutne, że ten świat jest tak niesprawiedliwy i pojedzie się 780km na wschód do stolicy wielkiego europejskiego kraju i widać kobiety w ciąży żebrzące na ulicach i dworcach. Niewiele bliżej na zachód mamy Berlin. Te dysproporcje fascynowały mnie zawsze jednak widząc to na własne oczy ta powszechnie akceptowana niesprawiedliwość jest dla mnie jeszcze bardziej zastanawiająca i niezrozumiała.
Tak czy inaczej wycieczka do Kijowa była nam bardzo potrzebna i niezwykle udana. Spacerowaliśmy w słońcu, po prostu ciesząc się życiem, nie przejmując się koronawirusem, a raczej szczepiąc się wiśniówką. Metro jeździ tu... 100 metrów pod ziemią, co to znaczy? Ano to, że zjazd/wyjazd do metra ruchomymi schodami trwa 5 minut. I to przy dużo większej szybkości samych schodów (trzeba uważać, żeby wchodząc utrzymać równowagę). Warszawskie metro w czasie 5 minut pokonuje pewnie 3 stacje...  Jak było? Jak to się mówi jeden film za tysiąc słów:



Koton

sobota, 16 listopada 2019

Wietnam

Po długim locie docieramy do Hanoi, które właśnie budzi się do życia. W taksówce Madzia przysypia, dojeżdżamy do hotelu i otrzymujemy wspaniałą wiadomość, że pokój jest już gotowy. Marzymy o prysznicu i łóżku. Jednak już idąc do pokoju czujemy, że coś nie jest tak. Zamiast hotelową windą zostajemy skierowani na wąskie, kręte schodki. No a wchodząc do pokoju... no hm, mam odczucia odwrotne do Borata, który po wejściu do hotelowej windy chwalił jaki ładny pokój. Ja za to jestem przekonany, że to przedsionek, że musi być coś więcej. No nie, nie musi. Jest łóżko, które określa szerokość pokoju, wieszak, zastępujący szafę, no i łazienka, a właściwie coś w rodzaju łazienki, bo miejsca jest tylko na maleńką umywalkę i nieduży kibelek. Ale zaraz, zaraz z sufitu zwisa jeszcze prysznic, jak z niego skorzystać? No możliwości są dwie, albo stojąc przy umywalce lub po prosu na siedząco. Po położeniu się na łóżko zastanawiamy się dlaczego jest tak twarde, zaglądamy i nie wierzymy. Łóżko jest zrobione z drewnianych palet, na które rzucony jest cienki materac. O, jest okno, może chociaż widok jest fajny. Hm, jeśli ktoś lubi stare odrapane mury to widok by się spodobał.  Zwykle nie jestem osobą roszczeniową, jednak w Hanoi mamy zaplanowane 4 noce no i po prostu nie damy rady. Po 10 minutach jestem na recepcji i proszę o zmianę pokoju. Yes, yes, I'm sorry, I'm sorry, ale jutro. Ok, śmiejąc się przez łzy akceptujemy jedną noc w "apartamencie".


Po krótkiej drzemce wychodzimy na spacer. Zderzenie wyobrażenia o Azji z prawdziwą Azją jest wręcz brutalne. Idziemy po ulicy między wszędobylskimi skuterami i samochodami, chodniki owszem są, ale służą jako parkingi dla skuterów, pieszy musi sobie radzić. Każde przejście przez ulicę to walka o życie, nie pomaga nawet "chodź, tam są światła". Owszem są ale dla chętnych i mało kto korzysta z zatrzymania na czerwonym. No dobra, idziemy coś zjeść, podobno jedzenie na ulicy jest najlepsze. Podobno, bo patrząc na system mycia naczyń, pałeczki wielorazowego użytku, wielki gar zupy, która, delikatnie mówiąc, nie pachnie i strefę dla gości, czyli plastikowe stoliki i mini taborety jakoś tracimy apetyt. I tak chodzimy niewyspani, z długimi minami po tym Hanoi, nie ma gdzie się schować, nie ma nawet gdzie przystanąć, bo wszystko pędzi, dookoła dźwięk klaksonów, lęki przed skuterami, a do hotelu i tak nie ma co wracać bo w norze przecież nie będziemy siedzieć. Wakacje.



No właśnie są wakacje więc mówię do Magdy dość. Idziemy do w miarę eleganckiej restauracji na obiad pijemy piwko i w miarę odżywamy. Jesteśmy nieco skonsternowani, jednak wtedy nie wiemy jeszcze, że będzie już tylko lepiej. O wiele lepiej.

Przełamanie następuje podczas wieczornego spaceru, kiedy naszym oczom ukazuje się przepięknie podświetlony czerwony most Wschodzącego Słońca, ponieważ jest sobota część ulic starego miasta jest wyłączona z ruchu, możemy więc spokojnie pochodzić po Hanoi, które z każdym krokiem staje się ciekawsze, a okazuje się, że w części miasta można poczuć się jak we Francji. To za sprawą czasów kolonialnych, kiedy żabojad przyjechał jak po swoje, stwierdził, że jest nieco ciasno więc dosłownie wyburzył pół miasta i pobudował szerokie aleje i place, dużo pięknych gmachów i domy z charakterystycznymi, drewnianymi żaluzjami i okiennicami. 



Najbardziej podobają nam się okolice jeziora Hoan Kiem i uliczki starego miasta, które zachowały charakter dawnego Hanoi. Na paletach śpi się o dziwo wybornie, a po zmianie pokoju i znalezieniu miejsc gdzie można fajnie zjeść niekoniecznie siedząc na krawężniku na naszych twarzach zaczynają się pojawiać nawet uśmiechy.

Trzeciego dnia wyruszamy na wycieczkę na słynną zatokę Ha Long. W przewodniku jest napisane, że będziemy jechać 4 godziny wygodnym busem, później rejs statkiem, lunch, kajaki, zwiedzanie jaskini i powrót wygodnym busem. Wyjazd zaplanowany jest na ósmą, ale wyjeżdżamy przed dziewiątą. Wyjechać z Hanoi też nie jest łatwo więc podróż nieco się opóźnia, bus, a właściwie busik może i jest wygodny, ale jak pasażer ma tak z metr trzydzieści i proste plecki bo oparcie jest ustawione praktycznie pionowo. Fajnie. Jednym z pasażerów jest czarnoskóry Amerykanin Nickolas, który bardzo lubi mówić. Gdy wyjeżdzamy już poza granice Hanoi i wydaje się, że bus jest pełny, kierowca zatrzymuje się po kolejne chyba z 6 osób. Na to Nickolas krzyczy na cały autobus: DON'T LET THEM IN!!! THERE IS NO SPACE, NO SPACE. Ale Wietnamczyk miejsce znalazł, okazało się, że poza dwudziestoma pionowymi siedzeniami ma jeszcze składane więc jak komuś się wydawało, że jest ciasno, no to nie, teraz dopiero jest ciasno. Podróż mija pod znakiem monologu Nickolasa, który rozmawia z każdym z uczestników wycieczki siedzącym obok, niezależnie, czy pasażer jest zainteresowany, czy nie. Dopiero później okaże się, że lunch będzie jadł, no oczywiście, że z nami.


Docieramy na statek, tam podają lunch, który spędzamy w miłym mimo wszystko towarzystwie Nickolasa i Julian, która przybyła z Nowej Zelandii. Dziewczyna pochodzi z Francji, ale nudziło jej się zwykłe życie więc wyjechała trochę pozwiedzać. Na dwa lata. 
Docieramy na miejsce i witają nas naprawdę zapierające dech w piersiach widoki. Dostajemy kajak i płyniemy po zatoce wpływając w wielkie groty pod skałami, efekt jest naprawdę niesamowity. Na zmianę kręcę filmy i cykam foty, jest przepięknie, ale też intensywnie, do tego na bieżąco wszystko komentujący Nickolas, podróż powrotna wygodnym, busem, który wydaje się rozwijać 40km/h i wyrypani około 21:00 docieramy do Hanoi. Udajemy się na miasto gdzie jest masę ludzi, gwarno i wesoło, znajdujemy świetną knajpkę na taboretach, Hanoi beer, wietnamski makaron z warzywami, sajgonki. Tak kończy się fajny, pełen wrażeń dzień.

Aby nie było nudy, o ósmej następnego dnia mamy zaplanowaną kolejną wycieczkę. Oczywiście wygodnym busem. Tym razem podróż trwa jednak tylko 1,5h i docieramy do Tam Coc, pierwszej stolicy Wietnamu. Jest fajny przewodnik, który przedstawił się mniej więcej: My name is Haaaaao. No więc Haaaao prowadzi wycieczkę tak jak lubimy, bez ociągania, same konkrety i na temat. Jest wszystko, zabytki, pyszny lunch, wycieczka rowerowa, no i najważniejsze rejs rzeką wśród pól ryżowych. "Zobacz jak oni wiosłują" rzucam do Magdy. Otóż nawet to nie jest wiosłowanie, raczej pedałowanie bo wiosła obsługują... nogami. No nieźle, łódek jest masa, a rejs trwa 1,5h. Więc trochę pedałowania jest. Haaaao uprzedza nas, żeby nie dawać tipa większego nić dwa dolary i właśnie podczas rejsu pierwszy raz spotkamy się z traktowaniem turysty jak worek z dolarami. To, że po drodze ktoś robi zdjęcia, a potem je sprzedaje no to ok. Ale jak w połowie rejsu Pani podpływa do "sklepu" na podobnej łodzi z pedałami, a my grzecznie mówimy, że nie, dziękujemy, to sprzedawczyni namolnie namawia kup dla niej, bo jest bardzo zmęczona wskazując na Panią pedalniczą. No to jest słabe, tym bardziej, że co drugi pedalniczy obsługuje po drodze i-phona - w końcu ręce ma wolne. A zbliżając się do końca malowniczego rejsu chcę sięgać do sakiewki, a tu Pani uprzedzając mnie rzuca: Guys, tip for me. A gdy daję dwa baksy bezczelnie rzuca 5 dollars. No nie, Polaka nie przerobi, być może zbiera na shimanowskie spd, ale bez przesady.



Następnego dnia udajemy się na lotnisko. Nie, nie mamy dosyć i jeszcze nie wracamy. Lecimy na południe do Hoi An. To będzie miejsce, które będzie nam się podobało najbardziej z całej wyprawy. Chociażby ze względu na piękne plaże Morza Południowochińskiego, czy urokliwe miasteczko. Zanim to zobaczymy udajemy się do hotelu. I to jakiego! Piękny ogród i basen, na którym jesteśmy praktycznie sami, duży, wygodny pokój z tarasem i wyjściem bezpośrednio do ogrodu. Można odpocząć. Wsiadamy na hotelowe rowery i jedziemy do centrum. Dociera do nas, że przestał nam przeszkadzać ruch uliczny, jedzie się na freestyle'u i coraz bardziej wciąga nas klimat Wietnamu. Hoi An zachwyca kolorami, lampionami, stateczkami, japońskim mostem, chińskimi pagodami, wietnamskimi domami i świątyniami. Widać, że działo się w tym mieście, a że był to pierwszy port w Indochinach, różnorodność widać na każdym kroku.


Kolejny dzień wyprawy. Wstajemy rano, zamawiamy shuttle na plażę. Parasole z bambusa, leżaki, wzburzone morze, czego chcieć więcej. Zamawiamy po drinku, a co, i przedpołudnie spędzamy na plaży. Wracamy na zamówiony autobus i czekamy, sprawę opóźnia Chinka, która sama wybrała się nad morze i już rano pod hotelem wszyscy musieli na nią czekać. Mamy jednak okazję poznać charakter Wietnamczyka. Panią, mimo prośby obsługi, gdzieś po drodze (a było to jakieś 200m) wcięło. Odjazd planowany na 13:30 a Chinki nie ma. No to czekamy, rzucam do Magdy i jakże się mylę. O 13:33 Wietnamczyk wyciąga telefon, robi fotę autobusowemu zegarowi, zamyka drzwi i do widzenia. W końcu już za dwie godziny będzie następny, brawo!


Po czterech dniach w pięknych okolicznościach Hoi Ann na dwa dni przenosimy się do Da Nang, które też jest nad morzem i to praktycznie wszystko co łączy dwa miasta. Po euforii ponownie mamy te same długie miny, jest co prawda fajny most smoka, ale poza tym miasto jest zaniedbane, gdzieniegdzie przebiega szczur albo karaluch. Poza tym praktycznie cały czas pada deszcz. Jemy w pizzy hat i czekamy na kolejne atrakcje podczas naszej wyprawy. Przed nami lot do Sajgonu, czyli Ho Ci Minh. Po dotarciu człowiek idzie ulicą i mimowolnie mówi oklepane "ale sajgon". Tyle, że to naprawdę jest Sajgon: 15 milionów ludzi i 5 milionów skuterów, do tego wąskie ulice i niesamowity jazgot. Wszystko to sprawia jakby miasto miało za chwilę eksplodować. Widziałem korki na ulicach naprawdę duże, często sam w nich stojąc. Nie widziałem jednak korków, w których stoją... skutery. Mimo wszystko Ho Chi Minh jest miastem bardziej cywilizowanym niż Hanoi. Tutaj jest już tak, rzekłbym europejsko, co oczywiście jest tylko na niekorzyść. McDonald's na każdym rogu, eleganckie butiki, drogie hotele, metropolia w każdym calu. Na plus na pewno jest fakt, że ludzie są tu po prostu bogatsi, wyższe są też ceny i to tak z kilka razy niż na północy. Jakkolwiek na pewno ogólnie o Wietnamie nie można powiedzieć, że jest to kraj biedny. Takie wrażenie mieliśmy po podróżach do Gruzji i na Ukrainę, gdzie wychodząca bieda, którą mieszkańcy rozpaczliwie starają się ukryć, wręcz ściska za serce i człowieka ogarnia wielki smutek. Tutaj ludzie nie są bogaci, jednak każdy ma tam jakiś biznesik i widać, że sobie radzi. Do tego nie widać starych zdezelowanych samochodów, czy skuterów, wręcz przeciwnie, wszystko jest względnie nowe, a do tego nieobite, czy porysowane co przy ruchu jaki tu panuje naprawdę może dziwić.
W Sajgonie (mimo, że teraz to Ho Chi Minh, to zdecydowanie Sajgon jest tu bardziej popularną nazwą) z ciekawszych zabytków są katedra Notre-Dame i poczta, które również są pozostałością po Francuzach. Co więcej Żaba stwierdził, że nie będzie budował katedry z byle czego i wszystkie materiały potrzebne na budowę (a kościółek mały nie jest) dotarły z Francji. Mieli rozmach.
Poza zwiedzaniem miasta wybieramy się jeszcze na wycieczkę w dolinę rzeki Mekong, gdzie można poczuć klimat Amazońskiej puszczy albo bliskiej Kambodży. Wycieczka przebiega według standardowego scenariusza bus, lunch, łódka, rowery, wyciąganie kasy, powrót, jednak jest bardzo fajnie, zabawny przewodnik, 30 stopni, a jakby ktoś chciał pojechać to wycieczki najlepiej kupować u lokalsów. W hotelach, czy agencjach są zwykle dwa razy droższe.

I tyle w tzw. telegraficznym skrócie. Wietnam to jedna wielka przygoda, tym bardziej, że wcześniej styczności z Azją nie mieliśmy żadnej. Jest klimat, do tego masa przygód, to wszystko sprawiło, że te wakacje były niezwykle ciekawe. A, że w tym nieznanym dla nas świecie musieliśmy działać razem to wyprawa okazała się świetną terapią małżeńską, była radość, było wesoło i już nie możemy się doczekać następnych wakacji. Będzie Ottawa, będzie Nowy Jork. Bilety już klepnięte.

Koton




Wietnam 2019 - wakacje w listopadzie


niedziela, 27 października 2019

Wietnamski runmageddon

I tak oto w trybie pracować, pić, jeść, spać dobrnęliśmy do najprzyjemniejszej części w roku, czyli do urlopu. Co prawda wyjeżdżamy w piątek, ale cztery dni do joba no to już chyba da się przeżyć. A, że w tygodniu ciężko z czasem, już dzisiaj zaczęliśmy pakowańsko. No i fajnie szykować sandały i krótkie spodenki na wyjazd w listopadzie. Kierunek Wietnam, Hanoi, Da Nang, Ho Chi Minh i dwa tygodnie błogiego oderwania od rzeczywistości. Co prawda wiedzy nie zgłębiłem i o Wietnamie nie wiem kompletnie nic. Poza kilkoma filmikami na youtubie i wiedzą powszechną, że wojna się tam już skończyła, jadę we wspaniałej nieświadomości przekonać się co to znaczy Azja. Inaczej niż w poprzednich latach, całą wyprawę przygotowała Magda, od biletów na samolot, przez hotele, transfery z i na lotnisko, dwa loty wewnętrzne i kilka wycieczek w samym Wietnamie, ja nie zrobiłem nic. Wiem tylko, że lecimy Katarem, a nie Emiratami;). Jak będzie, co zobaczę, co mnie zaskoczy, co mnie przestraszy i czy będę chciał tam wracać. Opowiem za jakieś trzy tygodnie.
A dziś rozpocząłem przygotowania sportowe do... no nie, nie do Wietnamu. Do lutowego runmageddonu. Zainspirowany niedawnym wyczynem Magdy stwierdziłem, że nie ma co być miękką fają i trzeba się ruszyć. Piękna pogoda w moim ulubionym miesiącu w roku, fota z sąsiadem (poniżej) i do dzieła. Sześć kilometrów nie powala, ale od czegoś trzeba zacząć. Biegło mi się nad wyraz przyjemnie, po lesie, wchłaniając październikowe powietrze. Poczułem się, tak, tak jakoś nie mogłem tego zdefiniować. Poczułem się tak jak kiedyś, z taką fajna satysfakcją, że coś ze sobą zrobiłem. Może to powiew już urlopowego powietrza, zbliżającego się wyjazdu, podróży w kompletnie nieznane, czyli w końcu jest tak jak lubię. Tylko o Fryderyka się martwimy, bo już jest taki nasz i my jego, już nabrał takiej kociej pewności i zaczyna rozstawiać nas po kątach. A tu nagle zostanie z kimś innym i znowu będzie dla niego szok. Ale cóż, tam gdzie lecimy pewni by go zjedli ze smakiem, a tu po prostu zostanie pod super opieką ale nie z nami...

Koton